sobota, 27 maja 2017

BLACK BEAUTY I KIERMASZ

Pewnie się zastanawiacie kim jest owa tajemnicza czarna piękność z tytułu, ale o tym za chwilę. 

Na początek sprawy konkretne, czyli KIERMASZ WYMIENNY.  Idea powstała w kwietniu, ale nie był to chyba najlepszy czas, bo święta itp. Wracam więc do pomysłu powymieniania się rzeczami zalegającymi nam w domu, nie używanymi, a w dobrym stanie i mogącymi się przydać komuś innemu. Porządki po szafach, kredensach i zakamarkach też się na pewno przydadzą. Przy poprzedniej próbie kiermaszowej udało mi się uszczęśliwić Opakowaną pięknym kilimkiem ręcznie tkanym a Ewę2 cukierniczką z kurą:)) Wiem, że Orszulka była zainteresowana ślicznymi koszyczkami do szklanek od Mariji, ale nie wiem, czy transakcja doszła do skutku. 

Zachęcam bardzo do udziału w kiermaszu, fajnie wiedzieć, że nasze rzeczy sprawiły komuś przyjemność  , a i wolne miejsce w domu nie do pogardzenia. Proszę więc bardzo o przysyłanie zdjęć przedmiotów wystawionych na kiermasz na adres mailowy : mikatropik@gmail.com w terminie do PIĄTKU  2 CZERWCA !  Po otrzymaniu ofert zrobię wpis przedstawiający towarek i będziemy czekać na chętnych. Mam nadzieję, że się zgłoszą!!! 

A na zachętę ofiarowany przez Kasię Alzacką śliczny kilimko-bieżnik:




NURKUJCIE WIĘC PO SZAFACH , WYCIĄGAJCIE ZAPOMNIANE SKARBY I PRZYSYŁAJCIE FOTKI DO ZAKĄTKA!!!!


A teraz pokażę wam tajemniczą Czarną Piękność, da dam!!!!




Czarnej towarzyszą: Różowa Pierzasta i Żółta Pierzasta:)



A wszystkie te cuda zawdzięczam kochanej Elżbiecie J, od której dostałam je w prezencie. Bardzo, bardzo dziękuję i napatrzeć się nie mogę!!!! 

piątek, 28 kwietnia 2017

ZAKLINANIE DŻDŻU

"Pada deszczyk pada,
  Pada sobie równo,
  Raz spadnie na kwiatek,
  Drugi raz na... bratek:))"

Wszędzie leje albo śnieży, co gorsza. A tu panie,  maj nadchodzi, winno być kwietnie i słonecznie, a przede wszystkim ciepło. Niestety ogrzewania nie można jeszcze wyłączyć, bo za zimno. Postanowiłam więc pozaklinać deszcz, żeby sobie poszedł hen, za góry za lasy. Zaklinanie będzie się odbywać poprzez przypomnienie deszczowych piosenek, wierszy, filmów i książek. Niechby deszcz poczuł się usatysfakcjonowany, że tyle mu utworów poświęcono i poszedł sobie odpocząć.

Zacznijmy więc od przyśpiewki ludowej:
"Nie lej, dyscu nie lej, bo cię tu nie trzeba!
Obejdź góry lasy, obejdź lasy góry,
Obejdź góry lasy, zawróć się do nieba!"


Co prawda można śpiewać w deszczu i skakać po kałużach...

... ale  zawsze przydadzą się "Parasolki"...
A niektórzy wręcz lubią deszcz, szczególnie w Cisnej:

Taki deszcz, to jednak bywa niebezpieczny, bo "W czasie deszczu dzieci się nudzą..."
Ten deszcz nieszczęsny sprawia, że "jesteśmy w kolorze blue..."
No i co tu zrobić, jak "Ciągle pada"???


Deszcze opiewali już wieszcze, jak Leopold Staff, ale tu go przywoływać nie będziemy, wszak chodziło tam o deszcz jesienny, a my mamy wiosenne. 

Pisał o nim i Leśmian w wierszu "Po deszczu":

Deszcz, słońcem zaskoczany - poszperał u płotu 
I zdrabniał - i łzawiejąc, w bezkres się oddala. 
Niebo w kałuż błyszczydłach - obłoki utrwala, 
Jakby ktoś wodę biało opierzył do lotu. 

W pajęczynie, rozpiętej na liściach paproci, 
Z mroku w blask się rozhuśtał znikliwy zjaw tęczy. 
Czasem coś, czego nie ma, pod wiatr się zazłoci, 

By dorzucić swe złoto do pszczoły, co brzęczy... 

I Konstanty Ildefons:

Mówiłam tobie już pięćdziesiąt kilka razy,
żebyś już poszedł sobie, przecież pada deszcz,
to przecie śmieszne takie stać tak twarz przy twarzy,
to jest naprawdę niesłychanie śmieszna rzecz;

żeby tak w oczy patrzeć: kto to widział?
żeby pod deszczem taki niemy film bez słów,
żeby tak rękę w ręku trzymać: kto to słyszał?
a przecież jutro tutaj się spotkamy znów -

i tak się trudno rozstać,
i tak się trudno rozstać,
no, nawet jeśli trochę pada, to niech pada -
i tak się trudno rozstać,
i tak się trudno rozstać,
nas chyba tutaj zaczarować musiał deszcz.

A tu Adam Asnyk o ulewie w Tatrach w wierszu "Ulewa" (brrr...)

Na szczytach Tatr, na szczytach Tatr,
Na sinej ich krawędzi,
Króluje w mgłach świszczący wiatr
I ciemne chmury pędzi.

 Rozpostarł z mgły utkany płaszcz
I rosę z chmur wyciska -
A strugi wód z wilgotnych paszcz
Spływają na urwiska.

 Na piętra gór, na ciemny bór
Zasłony spadły sine,
W deszczowych łzach granitów gmach
Rozpłynął się w równinę.


Bywał też deszcz bohaterem książek , nierzadko głównym, jak np w "Zakopanoptikonie" Andrzeja Struga, że o "Stu latach samotności" Marqueza nie wspomnę, nie chciałabym mieszkać w Macondo. Z lektur młodzieżowych "Długi deszczowy tydzień"  mi się przypomniał. Może ktoś pamięta jeszcze jakąś deszczową literaturę? 

No to przyszedł czas na filmy. Nieśmiertelna "Deszczowa piosenka" oczywiście, polski film "Deszczowy lipiec" z 1958 roku, dziejący się w Zakopanem i Tatrach, m.in. z Krafftówną i Szczepkowskim  (zabawnie się ogląda swoje miasto z tamtych czasów). 
Trochę mnie przytkało z tymi filmami, pamięta ktoś coś jeszcze? 

Tak więc, drogi deszczu, widzisz, ile o tobie napisano, śpiewano, filmów nakręcono??? Bohaterem jesteś poezji, literatury, filmu, mało ci jeszcze? Weź sobie coś o sobie pooglądaj, poczytaj, posłuchaj, a nie plącz się nam tu cały czas!!!  A sio!!!!!!!!!!




niedziela, 16 kwietnia 2017

SPÓŹNIONE ALE SZCZERE

Szczere, szczerutkie, najszczersze... Moje życzenia dla was, moje dobre myśli, moje podziękowania za waszą obecność i za wszystko.  Zdrowia, radości , spokoju, dobroci wokół, słońca w sobie i na zewnątrz na tą radosną WielkąNoc wam życzę. Cieszmy się, że jesteśmy razem, że mamy siebie nawzajem.

Alleluja więc!



A tu Antony śpiewa "If  It is Your Will" , zawsze mnie wzrusza...


A ku uśmiechowi krótka historia świątecznej szyneczki:

W Wielki Czwartek  rano przyszła koleżanka I. pomóc mi ogarnąć sprawy, , wstałam, pies został wypuszczony na siku. Ale coś go długo nie było, przyszła gaździnka z mlekiem i serkiem, woła go na podwórku i wchodzi do domu mówiąc: " E, Tropik zajęty, ma tam swoje to go serek nie interesuje." Matko boska, jakie swoje????????
I.  wypadła na podwórko, goniąc gada uciekającego z czymś w pysku. To coś okazało się być szynką w folii, spożytą w jednej trzeciej i nieco utytłaną. Przypuszczałyśmy, że jacyś turyści wrzucili przez płot. Obwąchałyśmy, pachniało ładnie, wyrzucić szkoda, więc I. stwierdziła, że weźmie i zostawi na polach dla głodnych psów. Ale potem przyjechał po nią Tato, spieszyła się i zapomniała wziąć.  Po jej wyjściu za pół godziny dzwoni koleżanka K. : " Wiesz, byłam rano u ciebie, ale jeszcze spałaś, to ci zostawiłam szynkę i śledzie na stole na podwórku..." Wrrrrrrrrrrrrrr.  No cóż,  umyłam pozostałą szynkę, sparzyłam wrzątkiem i poszła do marynaty z czerwonego wina i cebuli... Przecież nie będę wyrzucać takiej dobrej szynki! Nawiasem mówiąc śledzie były nietknięte.

Smacznego wszystkim na święta!!!!

sobota, 25 marca 2017

KIERMASZ WIOSENNY

Jak już wspominałam w komentarzach, proponuję kiermasz wymienny rzeczy zalegających nam w domach, a nie używanych, które bardzo mogą się przydać komu innemu. Wiele jest przedmiotów , do których nie mamy sentymentu, są nietrafione prezenty, są rzeczy nie pasujące do wystroju domu. Oczyśćmy przestrzeń wokół siebie, nie zagracajmy jej, a przy okazji zróbmy komuś przyjemność, oddając mu coś, co się podoba i jest potrzebne.
Na dobry początek mój kilimek z poprzedniego wpisu pojechał już do Opakowanej, a drylownica pojedzie do Bachy.

A teraz:

ZASADY KIERMASZU

1. Wystawiamy przedmioty używane, ale oczywiście w dobrym stanie. Mogą to być przedmioty gospodarcze lub ozdobne, ale nie ciuchy.

2. Należy zrobić zdjęcie i wysłać do mnie na mikatropik@gmail.com, ja umieszczam we wpisie, zainteresowani zgłaszają się w komentarzach. Następnie ja kontaktuję zainteresowane strony, które uzgadniają między sobą sposób przekazania.

3. Przedmioty przekazujemy bezpłatnie, opłata za wysyłkę do uzgodnienia między stronami.

4. Wszyscy są zadowoleni, bo zrobili coś pożytecznego dla siebie i dla innych:))

5. Można także zgłaszać zapotrzebowanie na jakąś konkretną rzecz.

 A więc zaczynamy, na dzień dobry wystawiam dwie rzeczy:

1. CUKIERNICZKA Z KURĄ

Nieduża fajansowa cukierniczka z wypukłą kurą i kokardką w kratkę

2. TORBA PŁÓCIENNA DUŻA


Duża płócienna torba, można z 10 kg zakupów zmieścić, podręczną wiertarkę, czy co tam chcecie. Ma skórzane frędzelki i bardzo długą taśmę. Wnętrze jak poniżej:

Przepraszam za jakość zdjęć, ale telefon jest jaki jest.

3. KUFLE OD EWY2


\4. KOSZYCZKI DO SZKLANEK OD MARIJI
     Wiklinowe , ciekawie wyplatane koszyczki do szklanek sztuk 6



No to Kury, do szaf, szafek, zakamarków i wystawiamy co tam mamy!!!

CZEKAM NA OFERTY I ZDJĘCIA!!!!!!!!!

sobota, 18 marca 2017

SZUFLADA WSPOMNIEŃ POSPRZĄTANA

Szuflada wspomnień posprzątana. Wyjrzało na światło dzienne jeszcze trochę ciekawostek i zdjęć. I baaaardzo starych, i średnich i nowszych. Jedziemy więc chronologicznie i wedle wagi i urzędu.

Znalazłam plik zdjęć z młodości mojego Taty, a głównie z czasów wojskowych z lat 30-tych ubiegłego wieku, gdy służył w Brygadzie Strzelców Podhalańskich.

 Zdjęcia zawinięte były w laurkę, którą zrobiłam Tacie kiedyś na imieniny, z fotografiami naszych ówczesnych kotów i Gromisia, poprzedniego gończego.

Bardzo wzruszył mnie napis na odwrocie kolejnej fotografii, gdzie pismem Taty z lat już późnych jego życia nakreślone zostało zdanie: "... miałem kiedyś lat 21..." (Tato drugi z lewej)

A tu zdjęcie ze spaceru  z siostrą Marysią , chyba w Warszawie. Przy jakiejś okazji, gdy przysyłałyście zdjęcia swoich rodziców, któraś z Was przysłała prawie identyczne ujęcie. Od razu mi się skojarzyło z tym właśnie.


Tego zdjęcia natomiast nigdy wcześniej nie widziałam:


To Tato w mundurku harcerskim wieku lat 13, rok 1923. Na odwrocie dedykacja dla kolegi Wacia, najwidoczniej było ofiarowane w dowód przyjaźni podczas nauki w szkole w Samborze a potem wróciło do ofiarodawcy. Ofiarodawca trochę łobuzersko wyglądał, prawda?
Do posta o moim Tacie przymierzam się już drugi rok nieustająco, mam nadzieję, że wreszcie się uda. Jego życie to prawdziwa epopeja, ze 3 posty pewnie wyjdą, a zdjęć mam dużo...

Zmiana czasów, zmiana tematyki. Nie tak dawno, jakieś 2-3 miesiące temu leciał  sobie w tv kanał Domo, a ja sobie coś tam robiłam. Nagle dotarło do mnie, że z telewizora dolatuje mnie jakiś znajomy głos... Patrzę ci ja, a to mój dawny znajomy , jeszcze z czasów mojej pracy w teatrze! Nie widziałam go od wielu, wielu lat , kontakt się urwał zupełnie, wiedziałam, że był w Anglii, sądziłam, że tam został. A tu się okazuje, że mieszka na Suwalszczyźnie, wspólnie z partnerką prowadzą siedlisko agroturystyczne w dzikiej głuszy i hodują psy alaskany. P. robi piękne zdjęcia dzikiej zwierzyny i żyje blisko natury, tak jak zawsze chciał. Co to jednak ma wspólnego z szufladą? A jednak ma! Otóż wychynęła z szuflady taka oto kartka, którą otrzymałam na Wielkanoc od P, bawiącego wówczas w Anglii, a na kartce...


 Gwoli ścisłości to obraz angielskiego malarza Edgara Hunta "Waiting for breakfast".
Pomyślałam, że jak już takie dwa znaki do mnie dotarły związane z P., to chyba napiszę do niego maila...

A teraz to już czysta rozkosz, czyli szczenięce lata Tropika:))) A to było lat 12 temu... 30 maja moja mordka skończy 13 latek:( Biedna głuchota niedowidząca...
A taki byłem w wieku 2-3 miesięcy:



Zawsze lubiłem wygodę...

Tu jeszcze z kłębiącymi się siostrzyczkami, było ich 10 (!) a Tropik jeden...

I na zakończenie Mister Piękności Świata Całego!!!



PS.1 
Doszły mnie słuchy, że moje drogie koleżanki martwią się o moje zdrowie, krótki więc komunikat na ten temat: dziękuję za troskę, generalnie nie jest źle, radzę sobie. Kłopot jest z rękami , trochę trudno niektóre rzeczy robić, ale to już tak jest i już. Leczenie w Krakowie zostało wznowione, tak więc raz w miesiącu się tam udaję. Wyniki całkiem niezłe. Dziękuję Wam za pamięć i troskę!!!

PS 2
Jeżeli macie ochotę pogadać, to serdecznie zapraszam do Zakątka, komentarze otwarte. To już od was zależy czy się spotkamy i jak. Pozdrawiamy serdecznie z Tropikiem i machamy wszystkim!!!

piątek, 10 lutego 2017

VARIA

Dawno się nie odzywałam, skupiając się na własnym organizmie, a potem ciągle mi coś wchodziło w paradę, opóźniając pisanie. Wyjdzie więc wpis stanowiący groch z kapustą, czyli o tym i o owym.

Zacznę od tego, na czym skończyłam wpis poprzedni, czyli na przepięknych i przemiłych dziesiątkach kartek, które dostałam od Was w okolicy Świąt. Z każdą kartką robiło mi się coraz cieplej na duszy i lepiej na ciele. Płynęły te dobre słowa, myśli i życzenia z całej Polski i zagranicy. Dziękuję Wam bardzo za to wsparcie i życzliwość. Staram się dziękować indywidualnie , wysyłając karteczki własną koślawą łapą pisane, ale robię to powoli, na razie chyba jestem gdzieś w połowie, tym niemniej sukcesywnie powinny docierać. A od Was dostałam karteczki takie:







Arte z właściwą sobie skrupulatnością  posegregowała je tematycznie i zrobiła dokumentację, za co uprzejmie dziękuję.  

A jak już o Arte mowa, to jak wiecie gościły z Grażyną w Zakopanem. Odwiedzały mnie codziennie rano i wieczorem, to znaczy to rano bywało południem, w zależności od tego, jak długo Arte się wysypiała:)) Ale przecież po to jest urlop.  Tropik zadowolony i wyspacerkowany z ciocią A., chociaż wieczorem trzeba było czasem  używać siły,  żeby go wywlec z domu, zwłaszcza przy mrozach. Mnie było bardzo miło, raczyłyśmy się pysznościami i nalewką, słuchając opowieści Grażyny o Wenezueli i genialnym P.  Internet internetem, telefon telefonem, ale nie ma to jak osobisty kontakt twarzą w twarz. Szkoda, że młodzi obecnie nie doceniają tej tradycyjnej formy obcowania z ludźmi... To całkiem co innego, gdy widzisz twarz rozmówcy, uśmiech, błysk w oku, zadumę czy smutek. Czytasz miedzy wierszami, widzisz to, o czym ta druga osoba nie mówi, widzisz co czuje. Nie traćmy tej bliskości, odwiedzajmy swoich przyjaciół i rodziny jak najczęściej. No i odwiedzajmy się nawzajem:))) Kto następny???
Na pogodę dziewczyny trafiły piękną, na pewno pokażą u siebie na blogach. A u mnie trochę szadzi na drzewach...





Jeśli chodzi o moje zdrowie, to jest naprawdę sporo lepiej, oczywiście problemy są, ale te główne chyba, tfu, tfu na razie opanowane. Pod koniec miesiąca jadę znów na parę dni do Krakowa do szpitala na badania, zobaczymy co powiedzą. Ewo2, czekam już na wizytę!!!  Póki co przeziębiona jestem, katar mam okrutny, fuj. 

I na koniec o pewnym metafizycznym zgoła przeżyciu, które mnie wczoraj spotkało. Zadzwonił telefon stacjonarny, numer nieznany. Z reguły nie odbieram takich telefonów, bo to te durne reklamy i oferty, ale tym razem dzwonił coś za długo. Jednak zanim podniosłam słuchawkę, to się rozłączyło. Coś mnie tknęło i postanowiłam oddzwonić, co też uczyniłam. Odezwał się nieznany mi bliżej głos męski. Po czym okazało się, że jednak znany... Był to albowiem kolega z liceum, z którym nie miałam kontaktu od lat około czterdziestu... A znalazł mnie w sposób właśnie metafizyczny, a nawet, można by rzec pozagrobowy... Otóż, robiąc porządki w komputerze i w poczcie natrafił na maila od naszego nieżyjącego już kolegi z klasy, który podał mu mój numer i napisał "zadzwoń do M., na pewno się ucieszy..." Chciał jakoś to ostatnie życzenie spełnić, no i zadzwonił... A ja rzeczywiście się ucieszyłam... Pogadaliśmy o starych czasach, kolegach i koleżankach klasowych, o zdrowiu i tak dalej. Okazało się, że W. mieszka pod Warszawą z rodziną i pięcioma labradorami, czterema kotami, trzema końmi, kilkoma papugami i wężem, że o kurach nie wspomnę... Wymieniamy sobie na telefonie zdjęcia naszych pupili, W narzeka, że jak mu pięć małych labradorków wlezie na łóżko, to nie ma gdzie spać:))) Jak się zgodzi, to poproszę go o zdjęcia menażerii i wam pokażę. A na razie ciepło mi się na sercu zrobiło...

Żegnam was zdjęciami mojego pupila, który właśnie tak spędza zimę:))) Wczoraj był na badaniach  kontrolnych, wszystkie wyniki ok, i morfologia, i trzustka i nery:)))) Radość wielka. Co prawda histerie przy pobieraniu krwi odbywały się potworne, wet leżał na podłodze, Tropik był trzymany przez kolegę i sapiąc pluł wetowi na łysinę... To znaczy Tropik pluł, nie kolega.