sobota, 18 marca 2017

SZUFLADA WSPOMNIEŃ POSPRZĄTANA

Szuflada wspomnień posprzątana. Wyjrzało na światło dzienne jeszcze trochę ciekawostek i zdjęć. I baaaardzo starych, i średnich i nowszych. Jedziemy więc chronologicznie i wedle wagi i urzędu.

Znalazłam plik zdjęć z młodości mojego Taty, a głównie z czasów wojskowych z lat 30-tych ubiegłego wieku, gdy służył w Brygadzie Strzelców Podhalańskich.

 Zdjęcia zawinięte były w laurkę, którą zrobiłam Tacie kiedyś na imieniny, z fotografiami naszych ówczesnych kotów i Gromisia, poprzedniego gończego.

Bardzo wzruszył mnie napis na odwrocie kolejnej fotografii, gdzie pismem Taty z lat już późnych jego życia nakreślone zostało zdanie: "... miałem kiedyś lat 21..." (Tato drugi z lewej)

A tu zdjęcie ze spaceru  z siostrą Marysią , chyba w Warszawie. Przy jakiejś okazji, gdy przysyłałyście zdjęcia swoich rodziców, któraś z Was przysłała prawie identyczne ujęcie. Od razu mi się skojarzyło z tym właśnie.


Tego zdjęcia natomiast nigdy wcześniej nie widziałam:


To Tato w mundurku harcerskim wieku lat 13, rok 1923. Na odwrocie dedykacja dla kolegi Wacia, najwidoczniej było ofiarowane w dowód przyjaźni podczas nauki w szkole w Samborze a potem wróciło do ofiarodawcy. Ofiarodawca trochę łobuzersko wyglądał, prawda?
Do posta o moim Tacie przymierzam się już drugi rok nieustająco, mam nadzieję, że wreszcie się uda. Jego życie to prawdziwa epopeja, ze 3 posty pewnie wyjdą, a zdjęć mam dużo...

Zmiana czasów, zmiana tematyki. Nie tak dawno, jakieś 2-3 miesiące temu leciał  sobie w tv kanał Domo, a ja sobie coś tam robiłam. Nagle dotarło do mnie, że z telewizora dolatuje mnie jakiś znajomy głos... Patrzę ci ja, a to mój dawny znajomy , jeszcze z czasów mojej pracy w teatrze! Nie widziałam go od wielu, wielu lat , kontakt się urwał zupełnie, wiedziałam, że był w Anglii, sądziłam, że tam został. A tu się okazuje, że mieszka na Suwalszczyźnie, wspólnie z partnerką prowadzą siedlisko agroturystyczne w dzikiej głuszy i hodują psy alaskany. P. robi piękne zdjęcia dzikiej zwierzyny i żyje blisko natury, tak jak zawsze chciał. Co to jednak ma wspólnego z szufladą? A jednak ma! Otóż wychynęła z szuflady taka oto kartka, którą otrzymałam na Wielkanoc od P, bawiącego wówczas w Anglii, a na kartce...


 Gwoli ścisłości to obraz angielskiego malarza Edgara Hunta "Waiting for breakfast".
Pomyślałam, że jak już takie dwa znaki do mnie dotarły związane z P., to chyba napiszę do niego maila...

A teraz to już czysta rozkosz, czyli szczenięce lata Tropika:))) A to było lat 12 temu... 30 maja moja mordka skończy 13 latek:( Biedna głuchota niedowidząca...
A taki byłem w wieku 2-3 miesięcy:



Zawsze lubiłem wygodę...

Tu jeszcze z kłębiącymi się siostrzyczkami, było ich 10 (!) a Tropik jeden...

I na zakończenie Mister Piękności Świata Całego!!!



PS.1 
Doszły mnie słuchy, że moje drogie koleżanki martwią się o moje zdrowie, krótki więc komunikat na ten temat: dziękuję za troskę, generalnie nie jest źle, radzę sobie. Kłopot jest z rękami , trochę trudno niektóre rzeczy robić, ale to już tak jest i już. Leczenie w Krakowie zostało wznowione, tak więc raz w miesiącu się tam udaję. Wyniki całkiem niezłe. Dziękuję Wam za pamięć i troskę!!!

PS 2
Jeżeli macie ochotę pogadać, to serdecznie zapraszam do Zakątka, komentarze otwarte. To już od was zależy czy się spotkamy i jak. Pozdrawiamy serdecznie z Tropikiem i machamy wszystkim!!!

piątek, 10 lutego 2017

VARIA

Dawno się nie odzywałam, skupiając się na własnym organizmie, a potem ciągle mi coś wchodziło w paradę, opóźniając pisanie. Wyjdzie więc wpis stanowiący groch z kapustą, czyli o tym i o owym.

Zacznę od tego, na czym skończyłam wpis poprzedni, czyli na przepięknych i przemiłych dziesiątkach kartek, które dostałam od Was w okolicy Świąt. Z każdą kartką robiło mi się coraz cieplej na duszy i lepiej na ciele. Płynęły te dobre słowa, myśli i życzenia z całej Polski i zagranicy. Dziękuję Wam bardzo za to wsparcie i życzliwość. Staram się dziękować indywidualnie , wysyłając karteczki własną koślawą łapą pisane, ale robię to powoli, na razie chyba jestem gdzieś w połowie, tym niemniej sukcesywnie powinny docierać. A od Was dostałam karteczki takie:







Arte z właściwą sobie skrupulatnością  posegregowała je tematycznie i zrobiła dokumentację, za co uprzejmie dziękuję.  

A jak już o Arte mowa, to jak wiecie gościły z Grażyną w Zakopanem. Odwiedzały mnie codziennie rano i wieczorem, to znaczy to rano bywało południem, w zależności od tego, jak długo Arte się wysypiała:)) Ale przecież po to jest urlop.  Tropik zadowolony i wyspacerkowany z ciocią A., chociaż wieczorem trzeba było czasem  używać siły,  żeby go wywlec z domu, zwłaszcza przy mrozach. Mnie było bardzo miło, raczyłyśmy się pysznościami i nalewką, słuchając opowieści Grażyny o Wenezueli i genialnym P.  Internet internetem, telefon telefonem, ale nie ma to jak osobisty kontakt twarzą w twarz. Szkoda, że młodzi obecnie nie doceniają tej tradycyjnej formy obcowania z ludźmi... To całkiem co innego, gdy widzisz twarz rozmówcy, uśmiech, błysk w oku, zadumę czy smutek. Czytasz miedzy wierszami, widzisz to, o czym ta druga osoba nie mówi, widzisz co czuje. Nie traćmy tej bliskości, odwiedzajmy swoich przyjaciół i rodziny jak najczęściej. No i odwiedzajmy się nawzajem:))) Kto następny???
Na pogodę dziewczyny trafiły piękną, na pewno pokażą u siebie na blogach. A u mnie trochę szadzi na drzewach...





Jeśli chodzi o moje zdrowie, to jest naprawdę sporo lepiej, oczywiście problemy są, ale te główne chyba, tfu, tfu na razie opanowane. Pod koniec miesiąca jadę znów na parę dni do Krakowa do szpitala na badania, zobaczymy co powiedzą. Ewo2, czekam już na wizytę!!!  Póki co przeziębiona jestem, katar mam okrutny, fuj. 

I na koniec o pewnym metafizycznym zgoła przeżyciu, które mnie wczoraj spotkało. Zadzwonił telefon stacjonarny, numer nieznany. Z reguły nie odbieram takich telefonów, bo to te durne reklamy i oferty, ale tym razem dzwonił coś za długo. Jednak zanim podniosłam słuchawkę, to się rozłączyło. Coś mnie tknęło i postanowiłam oddzwonić, co też uczyniłam. Odezwał się nieznany mi bliżej głos męski. Po czym okazało się, że jednak znany... Był to albowiem kolega z liceum, z którym nie miałam kontaktu od lat około czterdziestu... A znalazł mnie w sposób właśnie metafizyczny, a nawet, można by rzec pozagrobowy... Otóż, robiąc porządki w komputerze i w poczcie natrafił na maila od naszego nieżyjącego już kolegi z klasy, który podał mu mój numer i napisał "zadzwoń do M., na pewno się ucieszy..." Chciał jakoś to ostatnie życzenie spełnić, no i zadzwonił... A ja rzeczywiście się ucieszyłam... Pogadaliśmy o starych czasach, kolegach i koleżankach klasowych, o zdrowiu i tak dalej. Okazało się, że W. mieszka pod Warszawą z rodziną i pięcioma labradorami, czterema kotami, trzema końmi, kilkoma papugami i wężem, że o kurach nie wspomnę... Wymieniamy sobie na telefonie zdjęcia naszych pupili, W narzeka, że jak mu pięć małych labradorków wlezie na łóżko, to nie ma gdzie spać:))) Jak się zgodzi, to poproszę go o zdjęcia menażerii i wam pokażę. A na razie ciepło mi się na sercu zrobiło...

Żegnam was zdjęciami mojego pupila, który właśnie tak spędza zimę:))) Wczoraj był na badaniach  kontrolnych, wszystkie wyniki ok, i morfologia, i trzustka i nery:)))) Radość wielka. Co prawda histerie przy pobieraniu krwi odbywały się potworne, wet leżał na podłodze, Tropik był trzymany przez kolegę i sapiąc pluł wetowi na łysinę... To znaczy Tropik pluł, nie kolega.







czwartek, 22 grudnia 2016

CZAS BOSKI, CZAS BAJKOWY...

"Czy to bajka, czy nie bajka, mówcie sobie co tam chcecie, a ja przecież wam powiadam, wielkie cuda są na świecie..."  Cudów owych doświadczam na każdym kroku i w każdej minucie. Dzięki , jak wierzę, Opatrzności, dzięki rodzinie, dzięki ogromnej rzeszy dobrych ludzi, znanych mi i nie znanych. Tak wyszło, że z czasu ciężkiego, trudnego, łzawego i bezsilnego wydobywam się na powierzchnię niesiona falą ciepła, dobra, opiekuńczości i troski... Z czegoś naprawdę złego zrobiło się coś bardzo dobrego. I to ten cud właśnie:))) I jeśli trzeba było trochę pocierpieć, by dowiedzieć się, jak wielu osobom jestem bliska i jak dobrze mi życzą, to się zgadzam... Ale powtarzać nie chcę:)))

Pierwszy raz w życiu byłam zadowolona, że jestem w szpitalu, naprawdę było to jedyne rozwiązanie w mojej sytuacji. Moja kochana pani doktor robiła wszystko, żeby jakoś postawić mnie na nogi i zapewnić komfort powracania do stanu użyteczności publicznej. Zapewniła mi miejsce w 3-osobowym , wygodnym pokoju, gdzie mogłam spokojnie funkcjonować bez nerwów i stresów, wspólnie z panem ordynatorem debatowali, jak najefektywniej a bezpiecznie mi pomóc. Zawsze uśmiechnięta, zadowolona, otwarta na rozmowy i pytania, choć zagoniona i zapracowana bardzo, nigdy nie wychodziła z oddziału przed 16.00, a często i po 17. Naprawdę czułam się pod osłoną opiekuńczych skrzydeł, za co bardzo jestem wdzięczna. Panie pielęgniarki też ciepłe i serdeczne, kompetentne i pomocne, a większość z szerokim uśmiechem na twarzy. Kochane panie salowe, pomagające w myciu i przebieraniu, bez cienia zniecierpliwienia. Aniołki pomocnicze, czyli praktykanci ze szkoły pielęgniarskiej (jeden chłopak też!), zbierający człowieka z łóżka i pomagający w toalecie porannej. Promienna pani dietetyczka, wnosząca uśmiech i radość nawet w najbardziej ponury dzień i już bez pytania robiąca mi kawę na drugie śniadanko:)) Tak to ja mogę chorować...

Towarzystwo w pokoju też trafione w dychę, dwie dziewczyny co prawda młodsze ode mnie, ale ze znalezieniem wspólnego języka nie było żadnego problemu i gadało się świetnie na najróżniejsze tematy. Chciałyśmy zrobić napis na drzwiach "Pokój Nauczycielski", albowiem profesja wspólna, choć przedmioty bardzo różne:)) I choć znajomość to wymuszona przez sytuację i krótka, to też usłyszałam od nich mnóstwo ciepłych słów i doznałam wiele serdeczności. Dla pełnego obrazu dodam, że jedna ma sunię znalezioną w zimie na ulicy a druga piesa ze schroniska, wyrzuconego z samochodu... No więc wszystko wiadomo. Dziewczyny kochane, macham do was i zdrowia nieprzebranego życzę!!! To był piękny czas.

A tymczasem w domu... Tropik rozbisurmaniony i rozleniwiony, dziadziuś po prostu. Dyżury do karmienia i spacerków były rozpisane, wszyscy wywiązywali się bardzo sumiennie. Kolega jednak poczuł chyba, że mu wszystko wolno i w ostatnią noc przed moim powrotem dokonał czynów niszczycielskich na łóżeczku swoim i moim. Prześcieradła i ręczniczki zostały poszarpane i podarte, a nawet materac nadszarpnięty pazurami... Trzeba gada do pionu ustawić.

Czuję się naprawdę mocniej i lepiej i powoli zaczynam wracać do normalniejszego funkcjonowania, choć do ideału jeszcze daleko... Ale każdy dzień niesie drobne osiągnięcia, które mnie wydają się krokami milowymi... Chociażby ten post, jeszcze 2 dni temu nie dałabym rady go napisać, a tu proszę:))) Pomoc jest jednak niezbędna i dzięki wam możliwa bezstresowo. Rano jest pani , która mnie przywraca do funkcjonowania, a o północy przybywa "pan na noc":))) Opatrzność mi go zesłała najwyraźniej, albowiem jest ratownikiem medycznym i posiada własną karetkę, którą podróżowałam wte i wewte.  No i nie przeszkadza mu pora...

Po powrocie zastałam góóóóórę poczty!!!!!!!!!! Nigdy w życiu nie dostałam tylu życzeń, ciepłych słów, serdeczności i upominków!!! Bardzo, bardzo WSZYSTKIM WAM dziękuję, to dalsza część tej fali, o której na początku było... Wczoraj pół dnia otwierałam pocztę:)))) Cudne kartki, pełne życzliwości, stajenki, Mikołaje, bombki, choinki... Bransoletka od Ksan, mydełka własnej roboty od Riannon, dziś jeszcze nie wiem co, bo nie zdążyłam z odpakowywaniem:))) Pan listonosz coraz bardziej zdumiony musi do drzwi, bo skrzyneczka od Hani z Zielnika za mała, kolega równie zdumiony "A co ty tak dostajesz i dostajesz???" A bo takie cudne koleżanki mam i już. Wybaczcie proszę, że nie wymienię wszystkich, cały post składałby się tylko z waszych imion... Ale jak ja sobie zrobię wystawkę na półkach z tych kartek, pomiędzy rysunkami Hany, amorkami od Riannon, ceramiką Opakowanej, wenezuelskim kogucikiem Grażyny, świecą Arte, ptaszkiem Mariji, kurą Rogatej, wycinankami Kalipso, to wszyscy padną z wrażenia!!!!!!!!!!!! Kocham Was, moją Rodzinę i przyjaciół z realu , świat jest, kurna piękny!!!!!!!!

P.S. Wybaczcie brak zdjęć, już nie dam rady, może uzupełnię potem:)))

piątek, 9 grudnia 2016

SMUTKI I RADOŚCI

Ech, co tu gadać, łatwo nie jest... A nawet jest to jeden z najtrudniejszych okresów dla mnie. Nigdy się nie spodziewałam, że będę tak bardzo zależna od innych, że najprostsze czynności będą przedsięwzięciem i że wielu z nich nie będę mogła wykonać... Niezależność to dla mnie podstawa życia, jej brak doskwiera i boli. Bardzo wierzę, że jeszcze będzie lepiej, że jeszcze wrócę do stanu samodzielnego korzystania z łazienki czy położenia się do łóżka... Pani doktor w Krakowie powiedziała , że muszą mnie postawić na nogi i mam głęboką nadzieję, że tak będzie.




Ale nie po to piszę, żeby narzekać i jęczeć. Piszę, bo nie spodziewałam się również, że w całej tej sytuacji będę miała tak ogromne wsparcie i pomoc z waszej strony! Efekty aukcji zorganizowanej przez Hanę przeszły najśmielsze oczekiwania, a wasze ciepłe, serdeczne słowa przywracają wiarę w człowieka i dobro. Nie mam słów, żeby Wam wszystkim podziękować za tyle serca. Część z was mnie zna, ale dla wielu jestem przecież kompletnie obcą osobą, kimś anonimowym. A nie wahałyście się ani chwili, żeby mi pomóc. Jesteście naprawdę wspaniałymi ludźmi i jestem dumna, że mam takie koleżanki i znajome. Moja wdzięczność wielka jak ocean i oczy się pocą... Kochane jesteście i już.



Jak już wiecie, jadę w poniedziałek do Krakowa do szpitala, nie wiem na jak długo, oby nie więcej niż tydzień. Ale to będzie zależało od tego, jak się będę zbierała. Laptopa nie biorę, będę kontaktować się z Haną telefonicznie.  Bardzo proszę, trzymajcie kciuki, żeby pomogło i żebym jakoś sobie w tym szpitalu poradziła. Zarówno sama jazda jak i pobyt w szpitalu to stres dla mnie potworny i w histerię wpadam łatwo. Na dodatek oczywiście jak ja mam jechać to pies utyka na łapę :((((
Tak więc na razie ściskam Was mocno i kłaniam się w pas, do napisania po powrocie.
Buziaki
M.

poniedziałek, 31 października 2016

MOJE WYPOMINKI

Nadeszła listopadowa pora, czas odwiedzania cmentarzy i wspominania tych, którzy odeszli, odeszli dopiero co, niedawno, albo bardzo dawno... Dobrze, że są te dni, żeby ich wspomnieć, przypomnieć sobie czas z nimi spędzony, dobre chwile, zabawne momenty. Ci, którzy wierzą, pomodlą się, ci, którzy nie wierzą, przywołają dobrą pamięć... Piszę "dobrą", bo  ci, którzy odeszli, byli różni, lepsi i gorsi, czasem nie mogliśmy się z nimi porozumieć, może za mało próbowaliśmy zrozumieć ich, były między nami złe chwile, ale tych pamiętać nie chcę.  Nie chcę "złej" pamięci, rozdrapującej rany i urazy, chcę wspomnień jasnych, słonecznych i dobrych. Chcę widzieć moich rodziców radosnych i uśmiechniętych, Mamę w pięknych sukienkach , śmiejącą się do bobasa w wiklinowym wózku, czyli do mnie, Tatę, trzymającego mnie na rękach i pokazującego mi panoramę Tatr z Kasprowego... Babcię, podającą mi przepyszne pierogi z jagodami i śmietaną, Wujka, prowadzącego nas, dzieciaki, w góry, Ciocię, gotującą zupę grzybową na Wigilię... Cudownie dobrą Ciocię H. , idącą ze mną na Kalatówki po ogromnym halnym w 1968, jej męża, mawiającego zawsze, że "herbata wysusza", który odszedł kilka miesięcy po niej, bo nie mógł bez niej żyć... I tylu, tylu innych...




Chciałam zrobić też moje prywatne wypominki, idąc śladem tych, za których dusze staram się często modlić. Mam takie dwie "grupy" , które obecne są w tych modlitwach. Nie zawsze są to osoby mi bliskie, czasem to tylko znajomi lub nawet nieznajomi, ale wydaje mi się, że cieszą się, że ktoś o nich pamięta. Zacznijmy więc:

- moi Rodzice, Maria i Tadeusz (Tato, upiekłam szarlotkę na twoje niedawne imieniny!)
- moi Dziadkowie Agata i Jan (Babcia Agata to jedyna z czworga Dziadków, którą znałam)
- moi drudzy Dziadkowie Maria i Adolf (ich pamięć pomogła mi przywrócić Arteńka, odwiedzając      ich opuszczony grób w Bieszczadach i zawożąc tam nową tabliczkę, dziękuję raz jeszcze!)

- kuzynka Ania z Zielonej Góry, oddana swojemu zawodowi nauczycielka języka polskiego
- Marta, aktorka Teatru Witkacego, pięknie śpiewająca
- pan H., przemiły i dobry człowiek, laborant wykonujący mi badania przez wiele lat
- państwo P., najbliżsi sąsiedzi, pan P. bardzo dobry, życzliwy i spokojny człowiek, pani P., kobieta o nieco silniejszym i trudniejszym charakterze, ale może dlatego moja modlitwa jej się przyda, robiła pyszną galaretkę z nóżek...
- pan W., wieloletni przyjaciel Taty, wesoły i uśmiechnięty, zawsze opowiadający mnóstwo anegdot i facecji, do końca życia społecznik
- pani T,. dalsza sąsiadka, też zawsze wesoła, o charakterystycznym głośnym śmiechu, słyszalnym na sporą odległość, pożyczała od Mamy "Rodzinę Whiteoaków", którą czytała w kółko
- państwo P., on lekarz, legenda zakopiańskiej medycyny, o skomplikowanym życiorysie i wielkim talencie diagnostycznym oraz o nader specyficznym i złośliwym poczuciu humoru ("połowa leżących na naszym cmentarzu to samobójcy a druga połowa to moi pacjenci")  , z nią zaprzyjaźniłam się już jako dorosła, poznałyśmy się na spacerach z psami, niezwykle inteligentna i ciepła osoba, bardzo lubiłam z nią rozmawiać
- państwo B,. on przewodnik tatrzański i narciarz, z ogorzałą i opaloną twarzą i szczerą duszą człowieka ze Wschodu, jego żona, wspaniała, dobra i pełna wewnętrznego spokoju kobieta. On też, jak mój Wujek, nie wytrzymał długo bez niej, byli nierozłączni
- pani Marysia Ś., sąsiadka i koleżanka szkolna mojej Mamy, przychodziła do nas zawsze na telewizję, zajmowała się łapaniem oczek w pończochach i rajstopach (kto pamięta jeszcze punkty repasacyjne?) , po śmierci Mamy pomagała nam prowadzić dom, gotowała obiady (do dziś pamiętam jej cieniusieńki makaron domowy do rosołu), bardzo jej jestem wdzięczna
- pan Bohdan T., Taty przyjaciel i współwięzień z łagru, opisał cały ich pobyt w obozach w Rosji, pochodził z hrabiowskiej rodziny i był bohaterem anegdoty o gotowaniu kury zdobytej na wymianę z Czeczenami (ugotował ją biedny z wnętrznościami, bo nie wiedział, że kura ma coś w środku...)
- dwóch bezdomnych, którzy zginęli podczas pożaru zrujnowanego domu naprzeciwko, w którym kiedyś mieszkała pani Marysia wspomniana wyżej, bezimienni...
- pani M., zdziwaczała też w zasadzie bezdomna, trzymająca całe stado na wpół dzikich psów, które przygarniała bez opamiętania, wyglądała jak czarownica, w łachmanach i z kijem, przesiedlono ją do jakiegoś nieogrzewanego baraczku, gdzie niestety kilka zim temu zamarzła...
- pan D., kolejny mieszkaniec ośrodka dla bezdomnych, miał krzywą nogę i mocno kulał, chodził zawsze ze starym rowerem, który służył mu zarówno za podporę jak i za transport dużej ilości toreb z różną zawartością, mocno nadużywał alkoholu, sypiając często w krzakach lub na ulicy. Popatrzyłam na niego inaczej, gdy pewnego wieczora leżał z rozbitą głową na środku ulicy, a kiedy przyjechało pogotowie i policja, walczył ostro i krzyczał, że on przeszedł cały szlak bojowy od Lenino do Berlina i ma medal za odwagę... Nic nie wiemy o ludziach, którzy jawią nam się zupełnie innymi, niż są naprawdę...
- Maciek B. i Tomek K., himalaiści, którzy zginęli na Broad Peaku, Maćka  znałam osobiście,był wspaniałym, dobrym człowiekiem, z zasadami, jakich już teraz się nie spotyka... Został w szczelinie lodowej...
- Zbyszek P., zaprzyjaźniony chirurg o wielkim talencie, zawsze pomagający ludziom, z nieskończoną cierpliwością, wesoły  i dowcipny, jakże mi jego porad i pomocy brakuje...

I tylu, tylu innych.... Niech spoczywają w spokoju.

I niech im gdzieś z chmury zaśpiewa Marta pieśń do wiersza E.E. Cummingsa "Gdy się już Bóg przestanie wtrącać w moje ciało"...

sobota, 22 października 2016

DYLAN I INNI

Długo się nie odzywałam , czas jesienny, łzawy i trudny . Ale postanowiłam wyjść z marazmu i pierwszym krokiem jest niniejszy post.

Nobel literacki dla Dylana zaskoczeniem był i nie był, ponoć w notowaniach plątał się tam gdzieś już od kilku lat. Lubię jego stare piosenki i teksty, nowych nie znam. Nie podejmuję się w żadnym wypadku jakiejkolwiek oceny słuszności owego Nobla, decydowali mądrzejsi. On sam zdaje się nie przywiązywać do tego żadnej wagi, do tej pory nie udało się Komitetowi Noblowskiemu skontaktować z nim osobiście ani uzyskać jakiegokolwiek komentarza. Chciałam jedynie napisać o moim wspomnieniu z nim związanym .





Otóż tak się złożyło, że udało mi się być na jego koncercie w roku  bodaj 1986 w Sztokholmie. Byłam tam wówczas przez 3 miesiące na czymś w rodzaju praktyki z mojej ówczesnej pracy. Mieszkałam w służbowej kawalerce w ogromnym bloku, co ma pewne znaczenie dla dalszej części opowiadania. Weekendy spędzałam na zwiedzaniu Sztokholmu, chodziłam sobie po mieście całymi dniami. Jakaż radość moja była, gdy ujrzałam plakaty zapowiadające koncert Boba Dylana wspólnie z  Tomem Petty i Heartbreakers! Natychmiast nabyłam bilet za ciężko zarobione korony (mam go do dzisiaj:)) i radośnie obwieściłam w pracy, jakież to szczęście mnie spotkało. Do dziś widzę te zdziwione miny i pełne politowania uśmieszki "Nie szkoda ci pieniędzy??/ Tyle kasy na jakiś koncert?! Chyba zwariowałaś!" Młoda byłam wtedy i głupia, myślałam durna, że ktoś się wraz ze mną ucieszy. Ale nic to, Koncert odbył się na Stadionie Lodowym, a że miałam miejsce na płycie, czyli lodowisku, przykrytym jakąś wykładziną, to mi nogi zmarzły solidnie. Sporą część koncertu wypełnił Tom Petty, po czym wyszedł Dylan w szafirowej połyskliwej koszuli, z gitarą, usiadł na krzesełku i odmruczał swoje przeboje i jakieś piosenki z aktualnej wówczas płyty, których zupełnie nie pamiętam. Ale było "Blowing in the Wind", "Mr Tambourine", "Like a Rolling Stone"... Syta wrażeń wróciłam z koncertu koło północy, a tu przed blokiem policja, straż pożarna, ambulans. Okazało się, że wybuchł mały pożar, jakiś pijany idiota wrzucał dla zabawy zapalone papiery do zsypu. Niby już było po wszystkim, ale było pełno dymu, tym niemniej mieszkańców już wpuszczano do domu. Durnaż ja durna wlazłam do windy i wcisnęłam guzik na XII piętro, gdzie mieszkałam. Ledwo winda ruszyła to uświadomiłam sobie , że i w niej jest sporo dymu i lekko się wystraszyłam... Strach zastąpiła panika, gdy winda utknęła między piętrami... W szale naciskałam wszystkie możliwe guziki i w końcu zjechałam na parter. Na dwunaste piętro już szłam na piechotę...
Od tej pory już zawsze Dylan mi się kojarzy z pożarem:))

Zawsze mówiłam, że chciałabym w życiu być na trzech koncertach: Cohena, Dylana i Dire Straits. No i byłam, poniekąd. Na Cohenie byłam przed Dylanem, na słynnym koncercie w Sali Kongresowej jeszcze w stanie wojennym. Usłyszałam w radio, że koncert będzie i natychmiast uruchomiłam kuzyna w Warszawie, udało mu się cudem jeszcze zdobyć miejsce na jakiejś dostawce. Było cudownie... Do dziś pamiętam wspaniałą dziewczynę o głosie jak dzwon, która śpiewała z panem Leonardem. I pamiętam ten szok, gdy z urokliwego świata poezji i muzyki wychodziło się na plac, na którym stało pełno suk i milicji z pałami... Ale nic to, "pieśń ujdzie cało"...
Z Cohenem też wiąże się osobiste wspomnienie, trochę może pośrednie. Mianowicie w 1980 roku byłam w Londynie i pierwszą i jedną z niewielu rzeczy, które kupiłam była kaseta "The best of Leonard Cohen". Słuchałam jej w kółko, próbowałam sama tłumaczyć teksty, potem jednak stwierdziłam, że Zembaty lepszy. Gdy wybuchły strajki na uczelniach, moja kaseta powędrowała na strajk na Uniwersytecie Jagiellońskim, pożyczyłam ją koledze, umilała im czas strajku  i podtrzymywała na duchu przez cały ten trudny czas. Pozrywana, kilkakrotnie klejona jeszcze trochę potem grała:))




 Na Dire Straits się nie załapałam, ale po wielu latach udało mi w zeszłym roku być na koncercie Marka Knopflera w Krakowie:)) Ale o tym już pisałam na blogu, więc tylko muzyka:



Może jeszcze udałoby się ze Stingiem, kto wie...


PS. OD TROPIKA

Pozdrawiam wszystkich serdecznie. Zimno, mokro i ciągle mi się chce jeść... W zeszły weekend zjadłem z tego wszystkiego pół drewnianej łyżki... Pani się okropnie zdenerwowała, nie wiem czemu, tyle hałasu o jakąś starą łyżkę. Miękka dość była, ładnie się na miazgę gryzła, więc nie rozumiem o co chodzi. A jak pachniała, tymi wszystkimi sosami i zupami, mmmmm... Ale zawieźli mnie do weterynarza i dali zastrzyk rozkurczowy na wszelki wypadek. Głupki. Na dodatek mnie zważyli i powiedzieli, że jestem za gruby i muszę się odchudzić:(( Niech się sami odchudzają, jak tacy mądrzy. A dzisiaj mi się udało uniknąć spaceru w deszczu, aha! Najpierw pokazałem brzuszek, potem machałem łapami, żeby się odczepili, potem się trochę pomiziałem z panem, żeby mu przykro nie było, a w końcu zamknąłem oczy, przywarłem do łóżka i udawałem, że śpię jak kamień i nie dałem się ruszyć. I wygrałem, aha! Poddali się:))))

poniedziałek, 19 września 2016

Z PAMIĘTNIKA TROPIKA

Wpis z dedykacją dla Mariji od Tropika.

O spacerkach będzie dziś. No bo to jest tak: młodziutki już nie jestem, 12 stuknęło, troszkę ciałka się nabrało i spacerki nie są już taką atrakcją... Chyba, że te dalsze, samochodem z Panem:)) Ale to się trafia nie za często, tak raz w tygodniu może. Fajnie wtedy jest, jedziemy na korty tenisowe i do pobliskiego lasku albo na łączki. Lubię na korty, bo zawsze jakaś piłeczka się trafi, grają jak patałachy. Ale też już nie dam rady za dużo za nią latać, jak za młodu. Wolę sobie wziąć do domu i turlać sobie wieczorem , zakopywać w dywanik albo wynieść na podwórko i zakopywać w dołkach. Panią okropnie śmieszy, jak zakopuję piłeczkę w dywaniku i jej potem szukam. Czasem to mi się już nie chce, ale jak ją to rozśmiesza, to proszę bardzo, mogę się trochę powygłupiać...


Na codzień jest trochę nudniej. Pani nie może ze mną chodzić, no to chodzi Pan albo trzy Ciocie, na zmianę.  Z Panem to rutyna, nad potok zrobić kupę no i nie ma co się pchać w pokrzywy na zarośniętym brzegu rzeki.  Jak jest gorąco, to robię uniki, ale nie zawsze się udaje... Na przykład Pan przychodzi, bierze obrożę i mówi "Tropik, idziemy!" Akurat, zaraz będę leciał na takie gorąco. No to sobie leżę cichutko na łóżku i udaję, że to nie do mnie. "Tropik, no chodźże głuchoto jedna!" Ojtam, zaraz głuchota... Troszkę słabiej słyszę, ale tak bardziej wybiórczo, na przykład jak pani otwiera lodówkę albo pojemnik z chrupkami to słyszę doskonale, a jak krzyczą, żeby nie dobierać się samemu do chrupek to jakoś słabiej... No w końcu łeb mam wtedy w pojemniku a chrupanie zagłusza... Czasem muszę zastosować ostrzejsze środki protestu. Jak udawanie głuchego na łóżku nie skutkuje i już mnie wywloką, to idę ale stosuję bierny opór. To znaczy na przykład staję na ulicy i nie idę. Pan się denerwuje i trochę mnie ciągnie. W to mi graj, podnoszę rozpaczliwy wrzask, jakby mi łapy wyrywali, ludzie się patrzą, Panu głupio i udaje się skrócić spacer do minimum:) Albo jak mnie puści luzem nad rzeką, to robię szybciutko co trzeba i daję nogę z powrotem w stronę domu. Pan leci za mną z krzykiem, żebym nie wyleciał sam na ulicę i jest śmiesznie. Oczywiście, że bym na niego zaczekał, ale niech on sobie też trochę pobiega... Dobrze mu to zrobi. 


Z ciociami jest inaczej. Są trzy: Ciocia A, bardzo kochana, można ją wlec gdzie się chce, Ciocia S, też fajna, biegnie za mną truchcikiem tam gdzie mam ochotę i Ciocia G, najbardziej stanowcza no i jej już muszę bardziej słuchać. Z Ciociami chodzę raczej na smyczy, tylko Ciocia A mnie spuszcza czasem, znamy się z nią wiele lat. Pozostałe Ciocie raczej się boją, ale za to dają mi trasę do wyboru:) Mam dużo zapachów i miejsc do wąchania. Niestety, zakładają mi świństwo na pyszcz... Namordnik. Fuj. To jeden z głupszych pomysłów Pani. Ani co polizać, ani się wysapać, ani co chapnąć po drodze. A tyle fajnych rzeczy leży... Śmierdząca kanapka, zdechła ryba, stare kości... No i tu się z moją Panią zdecydowanie różnimy, bo jej zależy, żebym tego wszystkiego nie jadł, a mnie wręcz przeciwnie... Właściwie to chętnie jadłbym cały czas...  Odkąd chorowałem na trzustkę i nerki to muszę być na diecie, ale niechby sobie Pani sama jadła cały czas ryż z mielonym kurczakiem i chrupki nerkowe... Nuuuuuda.... Ale chyba ma trochę racji, nie wytrzymałbym, żeby świństw nie pożreć, a potem by mnie bolało i do weta by trzeba, brrrr, aż mnie otrząsa. Nienawidzę tam chodzić, zawsze kłują , albo robią zastrzyki, obrzydlistwo.

Fajnie jest siedzieć cały dzień w ogródku i wybrzydzać na spacerkach, ale niestety zima idzie... Zimno w łapki i trzeba szybko zwiewać do ciepłego domu. No i spać, spać, spać...